UWAGA! Komentowanie artykułów zostało wyłączone na okres ciszy wyborczej
Dzisiaj imieniny: Aleksandryny, Józefa, Nicety Wtorek, 19.06.2018

Historia: AK na Sądecczyźnie. Od Wilka do Tatara (3)

Kategoria: Blogosfera 26-03-2015, 15:14 czytane:

 razy
komentarzy: 18

Na święta Bożego Narodzenia 1943 roku dowódca oraz połowa partyzantów oddziału AK „Wilk” udała się do domu lub do schroniska na Lubaniu. W obozie pod Czerwonym Groniem w Gorcach w liczbie siedemnastu zostali niemal sami waksmundzianie pod komendą Józefa Kurasia „Ognia”.

W drugi dzień świąt pod nieobecność „Zawiszy” kilku partyzantów za namową „Ognia” udało się do Ochotnicy Górnej, do osiedla Forędówki. Tam odwiedzili przyjęcie z okazji chrzcin. Podczas zabawy doszło do awantury z jednym z gości. Partyzanci wyszli w drogę powrotną do obozu rankiem 27 grudnia 1943. Tego samego dnia o obecności partyzantów we wsi został powiadomiony posterunek policji granatowej w Ochotnicy Dolnej.

28 grudnia rano z Ochotnicy wyszła niemiecka obława, złożona z jedenastu niemieckich żandarmów i dziesięciu granatowych policjantów. Partyzanci przebywający w obozie pod Czerwonym Groniem zupełnie nie spodziewali się wroga. Broń w większości była rozłożona do czyszczenia, a na dodatek od południa nikt nie stał na warcie. Przyczyną niewystawienia warty było przekonanie„Ognia” iż Niemcy ani policja granatowa nie będą się zapuszczać pod Turbacz w środku dnia, gdyż wtedy musieliby wracać do swoich posterunków w ciemnościach.

Obława dotarła do obozu „Wilka” 28 grudnia 1943 roku około godziny 12:00. Doszło do krótkiej wymiany strzałów, Niemcy wrzucili granaty do ziemianek. Polacy szybko złożyli ręczny karabin maszynowy, którego serie powstrzymały niemieckie natarcie. Nieprzygotowani do obrony partyzanci musieli jednak uciekać, niektórzy nawet boso. Zginęło dwóch Polaków, Franciszek Sral „Wiatr” w wyniku postrzału, a Władysław Bem „Szpak” nie mogąc uciekać z powodu choroby stawów zabił się granatem. Niemcy stracili jednego człowieka, mimo rozbicia obozu nie czuli się pewnie w Gorcach. Wysadzili granatami ziemianki i wycofali się szybko.

Obława zakończyła się klęską OP „Wilk”. Poza spaleniem obozu utracono wiele sztuk broni, w tym przynajmniej 13 karabinów, ponadto zimowe kożuchy i jedzenie. Dowódca OP „Wilk” AK, Krystyn Więckowski „Zawisza” gdy dowiedział się o wydarzeniu od początku obarczał „Ognia” odpowiedzialnością za utratę obozu. Faktycznie, to Kuraś namówił partyzantów do zejścia do Ochotnicy, ponadto nie przygotował oddziału na atak i dał się zaskoczyć w obozie. Bezpośrednią przyczyną niemieckiej obławy był donos o pobycie partyzantów w Ochotnicy, jednak nie była ona przypadkowa, przygotowywano ją od dłuższego czasu. Dlatego „Zawisza” nie powinien był opuszczać obozu w okresie świątecznym.

Partyzanci z plutonu „Ognia” po utracie obozu wycofali się w kierunku polan Waksmundzkich nad Nowym Targiem. Tam ukrywali się w bacówkach. Wieść o likwidacji obozu i miejscu przebywania rozbitków dotarła do Waksmundu. 6 stycznia 1944 konfident Jan Czubiak, chcąc przypodobać się Niemcom, z własnej inicjatywy zmusił chłopów do wyjścia w góry w poszukiwaniu podkomendnych „Ognia” ukrywających się na polanach. Partyzanci na szczęście uciekli z okrążenia, w czym pomogła im życzliwa postawa przymuszonych uczestników amatorskiej obławy. Konfident Czubiak wezwał na pomoc Niemców, jednak ci nie mieli już czego szukać. Po tym wydarzeniu „Ogień” rozproszył swoją grupę a sam udał się do Ostrowska, później ukrywał się na nowotarskim osiedlu Buflak, skąd miał blisko w Gorce.

Po rozbiciu obozu grupa Józefa Kurasia nie zameldowała się od razu u por. Więckowskiego. Decydująca była zapewne pamięć o losie pijanego „Młota”, który został zastrzelony bez sądu przez porywczego dowódcę oddziału „Wilk”. Nie oznaczało to jednak, że „Ogień” zerwał kontakty z AK, utrzymywał bowiem łączność z Komendą Okręgu Kraków, której złożył wyjaśnienia. W lutym 1944 „Zawisza” wysłał emisariusza, który w tajemnicy przed „Ogniem” namawiał rozbitków do powrotu do oddziału. Około sześciu z nich wróciło do „Wilka”, w tym szczególnie cenny erkaemista wraz z bronią.

Dowódca OP „Wilk” kilkukrotnie próbował zwabić Józefa Kurasia na spotkanie. Do tych spotkań ostatecznie nie dochodziło z różnych przyczyn, pomimo dobrej woli Kurasia. który chciał złożyć wyjaśnienia. Mimo postępowania sądowego. które toczyło się w sprawie utraty obozu, por. Więckowski chciał go zawczasu zabić.

21 marca 1944 Kuraś dostał polecenie, aby za dwa dni stawił się w gajówce w pobliżu Ochotnicy. Równocześnie „Zawisza” wydał rozkaz Julianowi Tomeckiemu ps. „Brzoza”, aby ten zastrzelił „Ognia” z zaskoczenia, strzałem w tył głowy, gdy będzie szedł na umówione miejsce. Do tego spotkania na szczęście nie doszło, gdyż „Ogień” ostatecznie nie dał się zwieść. Józef Kuraś w końcu upewnił się że por. Krystyn Więckowski „Zawisza” nie jest zainteresowany dyskusją z nim ani jego najbliższymi współpracownikami, ale chce go po prostu zlikwidować. Dlatego od wiosny 1944 grupa „Ognia” faktycznie przestała podlegać Armii Krajowej i podporządkowała się nowotarskiemu, konspiracyjnemu Stronnictwu Ludowemu tworząc dyspozycyjny oddział LSB.

Dla dowódcy OP AK „Wilk” zachowanie spójności oddziału nie było jedynym problemem w pierwszych miesiącach 1944. Postanowiono bowiem zemścić się na Niemcach za utratę obozu. Za cel obrano posterunek policji granatowej w Ochotnicy Dolnej, z którego wyszła obława. Cdn.

Andrzej Bieda

Na zdjęciu: rekonstrukcja GRH Żandarmeria [[email protected]]; fot: Stanisław Michałczak, tn.info.pl

Bibliografia:
Maciej Korkuć, Józef Kuraś "Ogień". Podhalańska wojna 1939 - 1945, Kraków 2012

**
Autor pochodzi ze Starej  Wsi  k. Limanowej., jest absolwentem politologii na UJ (2010). Interesuje się historią Armii Krajowej w naszym regionie. Angażuje się w rekonstrukcje historyczne AK.


Podziel się

Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Aby komentować artykuły na portalu należy zalogować się Zarejestruj się